Jan-Krzysztof Duda (ur. 26 kwietnia 1998 r. w Krakowie, wychowanek Wieliczki) to najlepszy w historii polski szachista. Arcymistrz od 2013 r. i najwyżej notowany Polak w rankingu FIDE. Puchar Świata w Soczi 2021 przeszedł bez ani jednej porażki, pokonując w finale Siergieja Karjakina. DNA Lidera to cykl rozmów o tym, co naprawdę buduje liderów: o głowie, charakterze i umiejętności zarządzania sobą. W tej odsłonie Jan-Krzysztof Duda tłumaczy, dlaczego mimo to nie uważa się za twardziela, jak podchodzi do snu, diety i walki z własnym lenistwem, skąd biorą się jego turniejowe przesądy — i dlaczego woli nie być tak rozpoznawalny jak Robert Lewandowski.
* * *
Janku, gdybym mogła zajrzeć na trzydzieści sekund do Twojej głowy — w tych najważniejszych momentach życia, przy partii życiowej albo decyzji życiowej — co bym tam znalazła?
Dzień dobry. Przyznam szczerze, że nie wiem, bo myśli kłębią się same.
Masz taki matrix?
Nie powiedziałbym, że jestem jakoś bardzo odporny psychicznie. Prawdę mówiąc, jestem osobą dość impulsywną, więc czasami emocje potrafią mną zawładnąć.
I co się wtedy dzieje? Jakie to emocje?
Złość, czasami nawet furia. Choć na zawodach raczej nie zdarzają mi się już takie epizody jak wtedy, gdy byłem młodszy i potrafiłem się niewłaściwie zachować. Z doświadczeniem, po tysiącach rozegranych partii, wszystko powszednieje. Również przegrywanie. Stres to naturalna część rzeczy.
Mówisz, że mniej się złościsz, mniej irytujesz, bardziej nad sobą panujesz. To kwestia wyszkolenia, dojrzałości, czy raczej refleksji, że nie warto tracić energii na nerwy?
To jest impuls. Ludzie lubią myśleć o sobie jako o istotach, które nad wszystkim panują — a moim zdaniem tak nie jest. Wciąż mamy umysły przodków. Człowiek nie ewoluował aż tak bardzo, absolutnie nie jest dostosowany do współczesnych czasów; dalej mamy umysły ludzi z paleolitu czy innych epok. Kiedy gram w szachy, tętno potrafi mi przyspieszyć i pojawia się ten impuls ucieczki. To absurdalne, ale prawdziwe.
Silniki szachowe i sztuczna inteligencja odmieniły grę. Jaka przyszłość czeka szachy?
Kiedyś to była rewolucja. Dziś silniki to kombinacja algorytmu i sieci neuronowych, więc myślę, że szachy jako rywalizacja człowieka z maszyną nie mają już przyszłości. Być może w edukacji — w pozyskiwaniu nowych graczy na świecie — mają sens. Ale trudno mi powiedzieć, na ile będzie to miało znaczenie. Kasparow przegrał z silnikiem już w 1997 roku; wtedy był to w miarę wyrównany mecz. Dziś człowiek nie jest w stanie nawet zremisować białymi z topowym silnikiem. Może raz na jakiś czas się zdarzy, ale w większości przypadków — nie. Człowiek z definicji jest ograniczony, jest zrobiony z białka. Nie policzy tysięcy czy milionów pozycji na sekundę, jak komputer. To prosta matematyka. I tak samo będzie ze wszystkim innym.
Ze wszystkim innym, czyli?
Dlaczego człowiek ma być lepszy choćby w medycynie? Ma mniejsze zasoby. Pamięć po pierwsze nie jest w stu procentach wiarygodna — ludzie fałszują wspomnienia. A po drugie istnieją fizyczne ograniczenia.
Uczucia też można sfałszować?
Wszystko można sfałszować.
Czyli miłość jest ułudą?
To pytanie filozoficzne — czym w ogóle jest miłość? Nie wiem, czy ułudą. Ale to zahacza o wątek, który już poruszyłem: mamy mózgi niedostosowane do swoich czasów, działające często na prymitywnych mechanizmach.
Mózg można jednak ćwiczyć. Widzę u ciebie obrączkę snu, a lider umie zarządzać sobą. Jak zarządza sobą Janek — sen, odżywianie, regeneracja?
Staram się, choć różnie bywa.
Jak się starasz — ile godzin snu?
Przyznaję, że sen jest u mnie trochę losowy. Wstaję teraz najczęściej koło 9:30–10, co jest w miarę unormowane, bo kiedyś wstawałem o 12–13. Byłem nocnym markiem. Dziś sypiam o różnych porach, ale minimum siedem godzin mam. Na pewno jest tu jeszcze pole do poprawy.
A sen między dwudziestą drugą a drugą w nocy, kiedy jest podobno najbardziej wartościowy?
O dwudziestej drugiej ciężko mi było zasnąć. Generalnie w świecie trudno dziś odróżnić ziarno od plew — jest tyle sprzecznych informacji.
A odżywianie?
Dzisiaj był na przykład żurek i sałatka Cezara — coś na szybko, relatywnie lekkiego. Staram się ograniczać cukier. Jem ziemniaki, ryż, pieczywo, ale nie jem za bardzo czekolady, nie piję coli ani słodkich napojów. Odstawiłem cukier, bo kiedyś konsumowałem go całkiem sporo. No i inny cukier — owoce — też.
A co jest najtrudniejsze w zarządzaniu samym sobą?
Czasami ciężko znaleźć motywację — albo, mówiąc po polsku, przewalczyć tego lenia. Każdy go ma. Na pewnym poziomie jest bowiem relatywnie komfortowo.
Pod jakim względem komfortowo?
Pod takim, że można się różnie prowadzić i niekoniecznie tak szybko traci się poziom gry. W długiej skali to widać, ale nie działa to jak bezpośredni bodziec. Nie jest tak, że jak pływak nie pływa, to od razu gubi oddech — nawet zawodowy pływak. W szachach czegoś takiego za bardzo nie ma. Detale mają znaczenie, ale najczęściej dopiero w kluczowych, krytycznych sytuacjach — chyba że gra się o wysoką stawkę. Dlatego bywa pokusa, żeby nie robić za dużo. Albo popełniać takie szachowe grzeszki, jak bezsensowne granie w internecie, jednominutowe partie, które są super frajdą. Tysiące partii w życiu zagrałem, jeśli nie dziesiątki tysięcy, i niejedną noc zarwałem, grając o trzeciej, czwartej nad ranem. To wciąga — pod tym względem jest porównywalne do innych gier. A kiedy człowiek się tak zapuści, to potem różne rzeczy nie wychodzą; jest za to pokusa, żeby robić coś „szachowego”, by sumienie było w miarę czyste. Tyle że to nie jest do końca prawdziwy trening. Podobnie ze słuchaniem streamów — „muszę wiedzieć, co się dzieje w świecie szachowym”. To po części prawda, ale można coś odpalić na chwilę, a nie siedzieć godzinami, bo to już mija się z celem.
A jak odpoczywasz, jak się regenerujesz?
Staram się uprawiać jakieś sporty. Lubię na przykład grać w tenisa.
Lubisz trening czy konkretny mecz?
Lubię grać — rywalizacji potrzebuję we wszystkim. Często gram z ludźmi lepszymi ode mnie i to boli, dokładnie tak jak w szachach. W pewnym momencie zupełnie mnie to rozkładało, bo człowiek ogląda tenisistów i wszystko wydaje się takie łatwe. Wiadomo, że oni spędzają długie godziny na treningu, na siłowni. Sam Federer powiedział przecież, że wygrywał jakieś pięćdziesiąt procent piłek.
No właśnie.
To zresztą śmieszne w tenisie. Oglądałem niedawno „Break Point” na Netfliksie — o sezonie topowych zawodników, chyba 2022/23. Tenisiści potrafią mieć jeszcze bardziej „z głową” niż szachiści. Zawodnik mówi, że ma flow, że jest w stanie rywalizować z Bogiem, że wszystko mu wychodzi — a pięć minut później to przemija. Wydaje mi się to trochę absurdalne, bo tak naprawdę wygrywa się tam około połowy piłek. Zdarzają się super zagrania, ale jest też gigantyczna liczba tych, w których po prostu się nie trafia. W szachach to bardziej filozoficzne — i moim zdaniem bardziej racjonalne. Człowiek czasem łapie doła, jest sfrustrowany swoją grą i twierdzi, że w ogóle nie umie grać w szachy. Mnie się to zdarzało tysiąc razy. Ale wszędzie działają te same mechanizmy. Sportowcy są przesądni. Ja przesądny nie jestem — ale na wszelki wypadek…
Na wszelki wypadek robisz…?
Staram się powtarzać w kółko to samo.
Coś konkretnego? Jest pechowe miejsce, pechowy dzień? Wierzysz w pech, w feng shui, unikasz czegoś?
Kiedy coś nie idzie, staram się unikać różnych rzeczy. Myślę, że przez moment ma to nawet jakieś zastosowanie w szachach, bo służy obronie ego. A dobrze mieć choć odrobinę ego, gdy gra się w turnieju — inaczej człowiek wpada w taki dół, ma tak niską samoocenę, że nic dobrego nie może z tego wyjść. Dlatego często, kiedy przegram partię, znajduję jakąś błahą wymówkę. A potem, już po zawodach, staram się wyciągnąć z niej wnioski. Pamiętam Mistrzostwa Polski w 2018 roku — stulecie odzyskania niepodległości. Bardzo zależało mi, żeby wygrać. I przez pierwsze cztery rundy nie mogłem, choć byłem faworytem i miałem ranking prawie 2700. W końcu udało mi się wygrać którąś partię — i potem robiłem dokładnie to samo. Niestety „to samo” oznaczało, że jadłem dwa steki dziennie i na kolację odprawiałem te same rytuały. W pewnym momencie miałem już taką obsesję, że zauważyłem, iż słuchawka od prysznica jest przekrzywiona, a nie powinna być. Poziom absurdu. Ale wygrałem pięć partii z rzędu i zostałem mistrzem Polski.
Dziś mówi się o Tobie jako o dobru narodowym. Robert Lewandowski, Jan-Krzysztof Duda — brzmi bardzo wzniośle. Jak się z tym czujesz?
Rzeczywiście brzmi wzniośle. Nie myślę o tym zbyt dużo — staram się mieć radość z gry i popularyzować dyscyplinę na tyle, na ile potrafię. Cieszę się przy tym, że nie jestem tak rozpoznawalny jak Robert Lewandowski. Mówiłem już w poprzednim wywiadzie, że ludzie chcą być sławni, chcą być jak Lewandowski. Moim zdaniem to katastrofa.
Dlaczego?
Bo człowiek nie ma wtedy własnego życia. Tak jak Wojciech Szczęsny powiedział o Cristiano Ronaldo — że ten musi mieć kręgielnię w domu, bo nie może po prostu wyjść na kręgle. Oczywiście stać go na kręgielnię, ale moim zdaniem to tragiczne. Zawsze się tego bałem, już jako dziecko, i cieszę się, że nie jestem aż tak rozpoznawalny.
Mama w Twoim życiu to…?
Osoba, która zapoznała mnie z szachami. Fan numer jeden. Mama lubi określać się jako mój kwatermistrz — choć to było bardziej aktualne wiele lat temu, gdy byłem małym dzieckiem i wszędzie ze mną jeździła. Bardzo się cieszę, że mam taką osobę w życiu i wiele jej zawdzięczam.
Fantastycznie, że macie się nawzajem. Czego mogę Ci życzyć?
Radości z gry i sukcesów.
Życzę Ci więc radości z gry, sukcesów, ale przede wszystkim wielkiej radości z życia — codziennie. Dziękuję.
Dziękuję bardzo.
